Jak Feniks z popiołów

Byłbym nieszczery, gdybym podsumował mój ostatni rok słowem: fajny lub łatwy. Był to najgorszy rok w moim życiu. Pod każdym względem.

Zawodowo: porażka, które finalnie przekształciła się w sukces (nie straciłem pracy, ba, dostałem wręcz awans).

Marzenie zawodowe, które przeistoczyło się w koszmar, który spowodował, że odkochałem się w czymś, albo inaczej w pewnej zbiorowości jaką są Włosi i ich kultura. Znienawidziłem kraj. Znienawidziłem ich odmienność. Znienawidziłem pracę w tym języku.

Czy mam sobie coś do zarzucenia? Tak – mogłem obniżyć nieco oczekiwania, przestudiować jeszcze więcej podręczników, forów w internecie, nie dać się omamić pseudokorzystnej ofercie pracy. Trafiłem źle. W skrócie i konkretnie, trafiłem najpierw na Szefa-Narcyza, potem odkryłem skorodowaną nepotyzmem, chorą z powodu braku procesów i zasad pseudokorporację (teoretycznie część wielkiego koncernu o zasięgu globalnym, ale z totalnie loklanym bagienkiem wewnątrz), aby następnie po zmianie Szefa trafić na despotkę i psychopatkę w roli szefowej. Lepiej być nie mogło. Zacisnąłem zęby, byłem twardy. Nie było widać jednak żadnego światełka w tunelu. Życie kosztowało krocie, zarobki były niewspółmierne do wykonywanej pracy i zaangażowania. Kiedyś przeanalizowałem mój cedolino okazało się w każdym miesiącu, oddawałem gratis firmie 3, 4, czasem tydzień mojego życia… Praca po 12-14 h, szczególnie przed ważnymi spotkaniami z Siłami Sprzedaży.

I to szczegółowe podejście do każdego detalu w prezentacjach… Wszystkie nowoczesne tendencje w prezentowaniu pokazują, aby robić anagażujące visuale, mniej cyfr, stworzyć historię… U Włochów te trendy nie istnieją: np. na 60 min. prezentację tworzyliśmy 200-300 slajdów, miliardem wyliczeń oraz back-upów. Nie pomogły próby przeciwstawiania się ICH ZASADOM. Rozwiązanie było jedno: dostosuj się albo zgiń. Tworzyłem więc te miliony slajdów, z których oczywiście nie byłem nawet w stanie skorzystać. 60 minut to 60 minut. Nie zakrzywisz czasu, chcąc zrealizować chore marzenie Psychopatki.

Nie zginąłem, ale już po 6 miesiącach zacząłem rozglądać się za nową pracą. Aplikowałem na kilka stanowisk, nawet do konkurencji i biorąc pod uwagę kryzys na włoskim rynku pracy dwa procesy rekrutacyjne, w których wziąłem udział, uważam za duży sukces. W jednym starałem się o stanowisko dyrektorskie (coś co w Italii może przydarzyć się komuś co najwyżej po 50-ce; mnie przytrafiło się niewiele po 30-ce), doszedłem daleko, ale gdy już miałem poznać Kolegów Dyra Finansowego i Logisytki, zadałem niewłaściwe pytanie o zarobki. Otrzymałem odpowiedź, która mnie zdziwiła: pensja będzie odpowiednia do stanowiska, my znamy widełki i wiemy, ile powinieneś zarabiać. Wycofałem się z procesu. Firma pewnie i fajna, mała, choć międzynarodowa… Produkty raczej nieciekawe, choć na włoskim rynku chodliwe: nie widziałem się w przyszłość jako osoba zarządzająca sprzedażą uciskających rajstopek dla starych bab… W między czasie przyszła oferta z Polski, więc… wróciłem.

CDN…

 

 

Cracovia – my love…

Świętowanie trzydziestych urodzin w moim ulubionym polskim mieście dobiegło końca. Żadnych poważnych ekscesów nie zanotowano. Ot co. Tańczyłem, piłem, bawiłem się przez trzy dni pod rząd. Była czysta. I śliwkówka. Była Renia. I była Ania. Był też lokal na Kazimierzu, gdzie z wymienionymi wcześniej paniami, bartenderkami 45+, z owegoż miejsca udało mi się nawiązać swoistą relację. Polubiliśmy się na tyle, że pozwalały na więcej, niż stałym klientom. Ba, korzystałem nawet ze służbowego kibla, co by nie stać w kolejce. Krakowski klimat, krakowskie podejście. Chodźże no. Weźże no. Im częściej tu jestem, tym bardziej się zakochuję w tym mieście. I mam wrażenie, że jest to miłość całkiem odwzajemniona, intensywna i całkowicie erotyczna.

Nie dla mnie skok w bok

Druga dziś kawa sprawia, że wracam do życia po intensywnym weekendzie. Intensywny bynajmniej nie oznacza, że na siłowni… W poniedziałek nie istniałem mentalnie dla nikogo.
Biję się z myślami. Zadzwonić? Nie zadzwonić? Napisać? Zachować się jak nastolatek, który ugania się za spódniczką na szkolnym korytarzu. Końskie zaloty nie są w moim stylu. Być twardym? Przetrwać? Zacisnąć zęby i przejść przez ten okres? Nie mogę się skupić, nie mogę spać. Rzeczywiście, ofiarą do kwadratu po wyjeździe i niepozornym spotkaniu jestem ja.
Mam tendencje do pakowania się w trudne relacje, gdzie trzeba czekać, umartwiać się, przezwyciężać trudności, jednym słowem do pakowania się w niezłe gówna. I na to wychodzi, że kocham cierpieć. W dupie się poprzewracało. Jak nic.

Resovia – my love

Rzeszowskie spotkania z kulturą folklorystyczną (jest tu Festiwal Zespołów Polonijnych – tancerze = niezłe ciacha) niosą za sobą kilka ofiar. Pierwszą ofiarą jestem ja. Zjechałem tu, skuszony spotkaniem z D., którą kocham nad życie i z którą życie niemal dzieliłem. Teraz jej życie to dziecko i druga ciąża i rozumiem to, bo życie i priorytety się zmieniają. I ona to rozumie, że moje życie jest zgoła inne. Drugą ofiarą będę również ja, a może, aby być precyzyjnym, nie ja, a moje alter-ego, które ujawnia się tylko, gdy znajduję się min. 200 km od domu. Przygnębiony rzeszowskim deszczem postanowiłem skorzystać ze znielubianej aplikacji do pokazywania naprężonych muskułów w mym srajfonie. Jakież było moje zdziwienie, gdy nie całą godzinę potem stawił się pod mym hotelem ktoś niebywałej urody, normalnie wyglądający, czarujący, o zniewalającym uśmiechu. No dobrze, Miss Polonia, to na pewno nie jest, ale… jest coś takiego czasem w ludziach, że powoduje, że pociągają mnie niesamowicie. I mam tak w stosunku do płci przeciwnej, jak i nieprzeciwnej… Nieistotne. Chuderlak, jak na moje oczekiwania, okazał się być nader sympatycznym osobnikiem, choć nie bez kłopotów regionalno-emocjonalno-związkowych. I ja mam tak zawsze. Jak nie wieczny imprezowicz, to wieczny bałaganiarz. Jak nie wieczny bałaganiarz, to seksoholik. Po drodze miałem jeszcze narcyzów, nieudaczników i wiernopoddańczych indolentów. Nie narzekam. Z każdym sobie poradzę/ poradziłem. Ale, ale. Czy to zawsze musi być z mojej strony „radzenie sobie z tą drugą stroną” ? Silny charakter mam. Ale tak marzę o silnych, stanowczych ramionach, które nie będą pytały codziennie o to, czy ubrać gacie w kratkę czy gładkie. To zbyt dużo? Nabytek rzeszowski nie wiem, w jaką się kategorię wpisuje. Na pewno zamężny. Skusiłem go chyba tym, że jestem przyjezdny i w miarę szybko można taką znajomość zakończyć. A mnie się cholernie Rzeszów spodobał. Aż za bardzo. Choć to kurwidołek, w którym wszyscy się znają. Potrzebuję odmiany, niezależnie czy będzie to Sycylia, Rzeszów, czy Gdańsk.
Trzecią ofiarą będzie Rzeszowski On. W niezbyt udanym związku miota się i męczy, ale bez odwagi na to, by coś zmienić. Zwariować. Jak i ja kiedyś, 3 lata temu, zwariowałem. Non, je ne regrette rien.

Takie tam, budowlano-świąteczne

Od dwóch tygodni nie mogę doprosić się debila od szaf, aby poprawił nie działający stelaż szyn w szufladach. Kolejnym debilizmem jest brak dziur wentylacyjnych nad lodówką, które trzeba było „ręcznie” dorabiać. Na szczęście ich nie widać. Bateria wannowa zaczęła przeciekać, chuj, albo ma się „dizajn”, albo ma się wodę za wanną. O szparach nad cokołami w mebli kuchennych nie wspomnę, bo jak powszechnie wiadomo za szparami nie przepadam. Ogólnie jest fajnie. Wkrótce (mam nadzieję) wypiję kawę na tzw, tarasie. Ha!
W pracy same sukcesy, nadal zapierdalam na 3 etatach, bo mimo faktu, iż są już zatrudnione dwie nowe osoby, w tym jedna na równorzędne stanowisko, co moje, to nadal się wdraża, a nawet zdarza, iż pomyli się o około 400 tyś., zgadzając się na coś, na co ja nie wyraziłem zgody, vide wchodzi w moje kompetencje. Zachęciło mnie to intensywniejszego przeglądania pracuj.pl i, o dziwo, są 3 oferty: jedna holenderska firma z HQ w Warszawie, dwie kolejne – praca na rynku w Austrii albo region bałtycki. Angielski podszkolę i wysyłam… Czas podnieść swe kompetencje i wejść w nowe buty, tym bardziej jeśli pracodawca docenia Cię za rekordowe wyniki w historii firmy (nikt nie wierzy, gdy pokazuję słupki) inflacyjną podwyżką.
Święta mijają pod znakiem pooperacyjnych wrażeń, szpitalnych odwiedzin i dbania o to, aby Najbliższa i Najbardziej Zasłużona Osoba Twego Życia nadal czuła, że ma wnuka. To już nie jest ten sam dom, jaki pamiętam z dzieciństwa.

Po wiekach…

Skuszony chwilą wolnego czasu, stęskniony za wyrażaniem tego, co niewyrażone, niewidzialne, niedotykalne przez wirtualny wpis, którego pewnie i tak nikt nie przeczyta, mogę pochwalić się przed samym sobą – dokonałem tego. Kolejny, wielki krok, powzięty do spółki z bankiem, mogę uznać za skończony.
Własny kąt, z ukrytymi drzwiami tam, gdzie wejść nie wolno, kosmiczną lampą w kiblu, wanną do inauguracji, kanapą, której nie ma i symaptycznym Panem T. od generalnego remontu i genralnego naprawiania tego, co inni spierdolili. Kolejny etap chcę, właściwie muszę rozpocząć, inaczej spalę się, skończę albo wykończę. To będzie nowa jakość życia, ze zdrowym gotowaniem, wizytami na siłowni vis a vis i białym winem pitym z sąsiadką S. na tarasie obok. Tyle rzeczy jeszcze powinienem się dowiedzieć, zobaczyć, poznać, dotknąć. Tyle gołych dup obejrzeć? Prawe Serce Stolicy stoi otworem i czeka. Będę ekspolorować, jako pełnoprawny prażanin…

Po miesiącach

Zarzucono mi, że nie piszę, więc  napiszę. Jak jest, każdy widzi. Źle – nie. Cudownie? Mogłoby być lepiej. Bardziej samodzielnie. Wszystko na moich barkach. Jak to było? Kolejne 2000 powodów, aby mnie kochać? Podobało mi się to stwierdzenie. Aż taki hardcore to to chyba nie jest, ja przynajmniej nie czuję się jakoś wykorzystany… A może powinienem…

Spotkania na mieście są bardzo seksowne, tym bardziej jeśli nie można ich skonsumować. Tym bardziej…

Opalanie się na plaży nudystów w gaciach jest nadużyciem, więc ściągamy gacie i do boju!

Mobile office from PKP

Pierwszy raz wybieram się do Gdańska pociągiem. Całkiem pusty. Może odstraszyła pasażerów liczba godzin, jakie trzeba w nim spędzić, aby osiągnąć upragniony cel podróży (czyli 5,5h)? Nic to, pełen wrażeń, z wypiekami na twarzy jadę więc, urzeczony urokami PKP oraz prostymi kelnerkami z Warsu, które próbują być stewardesami Katarskich Linii Lotniczych, tyle że w polskich zupełnie, kolejowych warunkach. Jako że mogę się już legitymować uprawnieniami doktoranta, nie chcę naciągać mej biednej firmy (wolę tę kasę przepić i przejeść w Gdańsku), wybrałem wagon drugiej klasy, bezprzedziałowy. Całkiem wygodny, cichy, nie ma w nim wrzeszczących bachorów i, w przeciwieństwie do klasy pierwszej, są podstawki pod laptopa (a właściwie pod kawę, czy co tam podają). No i prąd. Towar deficytowy w każdym pociągu IC. Skupiłem się ostatnio bardzo na pracy i na uczelni. Nie mam czasu myśleć o niczym innym. Zarzucono mi ostatnio nawet, że chyba interesuje mnie bycie samemu i nie chce poświęcać czasu na „bycie razem”. Czy ja wiem? Może rzeczywiście warto się przekonfigurować na singla?

Assenza con presenza

Korekta za korektą, tabelka goni tabelkę, auto naprawione, włosy obcięte, jutro baluje na firmowej kolacji. Mam nadzieję, że bardziej opanuję wodzę fantazji, niż ostatnio…

Pustka w domu, jednak, co niepokojące, wcale mi nie przeszkadza.

Jedyne, czego teraz pragnę, to być sam i zanurzyć się moim milionie nieprzeczytanych książek, które pietrzą się na parapecie.

Tymczasem zabawiam się popijając Tyskie i zastanawiając się, jak przeżyć tydzień, nie mając w perspektywie wolnego weekendu…

Przemyślenia nocne

Wytrawne wino czerwone do libańskich przystawek pasuje niesamowicie i smakowicie. Bar Warszawa nie jest tak fajny, jak wydawało mi się, że był, kiedy byłem w nim kiedyś w o wiele gorszym stanie. Drinki w Hotelu V. powodują,  że całkowicie tracę głowę,  mylę imiona i mam odwagę na rozmowy z włoskojęzycznymi przyjezdnymi. A Hotel R., choć nigdy tam nie spałem – zawsze tylko na poważnie – pracowałem, wydaje się być miłym hotelem, takim, do którego może kiedyś chciałbym wrócić na noc.

Noc i niepozorne spotkania zawsze przynoszą niespodziewane efekty. Ktoś kogoś odprowadza, ktoś komuś serwuje gruszkowego drinka i okazuje się,  że świat nie składa się tylko z czarno-białych ludzi patrzących, jak życie umyka im przez palce.

Miło, a nawet bardzo miło.  A balkony nadal się nie otwierają.